Sierpniowa Piekarnia. Podróżniczo: Islandia - Góry Kerlingarfjoll.

Sierpniowa Piekarnia. Podróżniczo: Islandia - Góry Kerlingarfjoll.

W sierpniowej Piekarni Amber zaproponowała chleb z przepisu Piotra Kucharskiego. Żeby go wykonać, trzeba mieć zakwas pszenny, który łatwo jest zrobić na bazie żytniego (informacja poniżej na końcu przepisu). Po powrocie z Islandii postanowiłam  podjąć kolejne ryzyko zrobienia zakwasu żytniego (choć przyznam, że jestem skutecznie do tego zniechęcona). Nie powiem, że chodzi "jak burza", ale mam nadzieję że się w końcu rozkręci. 


Chleb orkiszowo - kasztanowy na zakwasie



Składniki:

400 g aktywnego zakwasu pszennego*
450 g wody
670 g mąki orkiszowej typ 850 lub niższy
70 g mąki kasztanowej (można zastąpić żołędziową)
15 g soli

Sposób przygotowania:
Wszystkie składniki połączyć i wyrabiać najlepiej w robocie na niskich obrotach przez 5 minut. Następnie 2 minuty na szybszych. Jeśli wyrabiamy ręcznie to około 10 minut delikatnie podsypując sobie mąka blat. Przełożyć do miski do wyrastania i przykryć folią spożywczą. Po około 1,5 godzinie złożyć ciasto tzn. wilgotną ręką wyciągnąć każdy z boków ku górze na tyle żeby nie rozerwać ciasta i złożyć do środka. Czynność tą powtórzyć jeszcze raz po około 40 minutach. Następnie gdy ciasto ponownie wyrośnie czyli po około 2 godzinach. Podzielić na dwie części i przełożyć do dwóch nasmarowanych podłużnych foremek (około 22 cm). Włożyć do reklamówki i wstawić na noc (około 10-12 godzin) do lodówki. Rano wyjąć chleb z lodówki. Rozgrzać piekarnik do 240 C. Naciąć bochenki i wstawić do rozgrzanego piekarnika. Na spód piekarnika wlać 100 ml zimnej wody i szybko zamknąć piekarnik. Piec około 45 minut. Po upieczeniu wyjąć z foremek i odstawić na kratkę do pieczenia żeby odparował.

*Jeśli nie mamy zakwasu pszennego a mamy np żytni. Wystarczy łyżkę żytniego wymieszać z 200 g mąki pszennej lub innej np orkiszowej i 200 ml wody. Czynność tą należy wykonać około 8-10 godzin przed mieszaniem ciasta. Wtedy zakwas będzie odpowiednio aktywny.

Moje uwagi:
- chleb piekłam w jednej foremce o wymiarach 31,5 cm x 13 cm, w związku z tym czas pieczenia wydłużyłam o 10 minut,
- mój chleb niewiele wyrósł w lodówce, chyba nieumiejętnie go nacięłam, bo pękł mi w czasie pieczenia a po nacięciu prawie nie było śladu,
- upieczony bochenek ma dość zwarty miąższ, choć dziurki się zrobiły, zatem mógłby być lepszy ;),
- mąka kasztanowa nadaje wypiekowi ciemny kolor.

Sierpniowi Piekarze : 

Akacjowy Blog
Apetyt na smaka
Kuchennymi drzwiami
Kuchnia Gucia
nie-ład mAlutki
Ogrody Babilonu
Weekendy w domu i ogrodzie
W poszukiwaniu slowlife




***

Pomysł odwiedzenia Islandii rodził się w naszych myślach od kilku lat. Zawsze jednak było jakoś nie po drodze. W zeszłym roku nastąpił przełom. Z lodowego lądu wróciła nasza znajoma, my zaś po obejrzeniu kilkunastu zdjęć jej autorstwa wiedzieliśmy, że w kolejnym sezonie będziemy tenże ląd odkrywać.

Islandia ma w sobie wiele z tego co kochamy - bezkresne, dzikie, piękne przestrzenie, niezwykłe krajobrazy, pustkę, nostalgię, aurę tajemniczości, widoki powabne i szorstkie, ptaki nasze ukochane, pierwotną roślinność która walczy na wielu frontach z deszczem, wichurą, temperaturą, śniegiem, wodą. Latem roślinność wygrywa. Widoki - marzenie. Chyba po raz pierwszy w życiu widząc niektóre krajobrazy śmiałem się ze szczęścia. Chwilę potem stresowałem się przed kolejną przeprawą przez rzekę.

Ma ten kraj też wiele z tego, co nas odstręcza - brak tradycji kulinarnej, co skutkuje smakową miernotą. Do tego wszędobylska bylejakość wystroju wnętrz. Coś co nie razi w Azji południowowschodniej, gdzie eksplozja smaków, bujna roślinność i egzotyka zagłusza brak gustu, na Islandii doskwiera w dwójnasób . Brakuje też wątku historycznego, bo choć miejsce pierwszego parlamentu, czy ślady Wikingów było nam dane oglądać, to poza nimi tradycja i historia jakoś nas omijały. Pewnie nie tylko nas.

Te 10 dni, 2900 przejechanych kilometrów, szutrowe i kamieniste drogi, brodzenie w rzekach, piesze wędrówki, niewiele snu, załatana (cudem) opona, marne jedzenie, sztuczne kwiatki w plastikowych wazonikach i pokoiki z piętrowymi łóżkami za 100 Euro dały nam w kość. Za to pogoda ... ta rozpieściła nas ponad miarę. Nasza koleżanka opowiadająca o poziomych deszczach i huraganach najzwyczajniej minęła się z prawdą :-). My tych "atrakcji" nie doświadczyliśmy. Pozytywne wspomnienia z wizyty na tej odległej wyspie pozostaną na długo i głęboko w naszej pamięci.

Dziś krótka impresja z jednego z wielu miejsc, które wzbudziły nasz zachwyt. Jedziemy z północy na południe górską drogą F35, zwaną Kjolur. To bodaj pierwsza droga wytyczona przez intrerior  z pólnocy na południe. Po drodze jest sporo atrakcji, ale dziś skupiamy się na jednej.

Tu dygresja. Drogi na Islandii oznaczone literą F, to te które wiodą przez interior i nie znają słowa "asfalt", części z nich obcy jest też wyraz "most" na rzece. Wjazd mają na nie tylko pojazdy z napędem na 4 koła. Spotkaliśmy solidne pojazdy, które w rzekach utknęły, więc nie jest to chybiona sugestia. Zimą są zamknięte, ze względu na warunki pogodowe. Otwierane są pod koniec maja, w czerwcu, niekiedy w lipcu. Zamykane są jesienią. Jedzie się czasem nieźle, a czasem jak po grudzie. Od czasu do czasu usłyszy się kamień uderzający w podwozie, albo w boczne drzwi. Czasem wpadnie się w dziurę, słysząc huk, ale po jakimś czasie człowiek przywyknie.

Skręcamy w F 347 kierując się do gór Kerlingarfjoll. Szutrowy szlak prowadzi nas do celu.



Najpierw docieramy do wodospadu Gygjarfoss. To jeden z wielu na Islandii. Zatrzymujemy się tylko na chwilę...



... bo wzywa nas magia pobliskich gór i chęć wtopienia się w magiczny krajobraz.


Jedziemy dalej i w końcu parkujemy przy początku szlaku. Już stąd widać imponujące widoki gór i doliny. Jest 6 stopni, silny wiatr około 30 km/h, ale  nie pada, a przez pochmurne niebo próbuje przebić się słońce. Dwa polary, kurtka i czapka - w sam raz na trzygodzinny trekking.



Kerlingarfjoll to górski łańcuch wznoszący się na wysokość prawie 1,5 kilometra. Wysokość bezwzględna nie robi wrażenia, bo wystarczy udać się w Tatry, czy Sudety, by móc wejść znacznie wyżej. Te góry mają jednak inny charakter. Są częścią sporego systemu wulkanicznego, dziś już wygasłego, którego lawa wydobywając się spod lodowca bardzo szybko oziębia się, nie przemieszczając się zbyt daleko, tworząc tym samym strome formacje. Na jednej z nich - któż to? Oto Małgosia.


Odwracam wzrok o 180 stopni i widzę nieznajomych pnących się w górę.


Sam nie oszczędzam się i wędruję alternatywą ścieżką.


Oznaką aktywności wulkanicznej są niezliczone gorące źródła, dymiące gazy, bulgoczące błoto.





Patrząc z niedowierzaniem zastanawiam się, czy Matka Natura gotuje dziś zupę...


... czy może grzeje wodę na herbatę.


Do połowy XIX wieku Islandczycy wierzyli, że góry te osiedlili najbardziej niegodziwi banici. Mieli ponoć żyć wewnątrz doliny przypominającej mityczną krainę Shangri-La. Dopiero w latach czterdziestych XX wieku okolica została dokładnie spenetrowana.


Dziś o tych legendach już nie słychać. Docierają jedynie turyści żądni spektakularnych widoków...



... których widać gdzieniegdzie na licznych, niełatwych szlakach.



Podejścia i zejścia są dość strome, ale na łyse, pozbawione krzewów, czy drzew zbocza prowadzą częściowo "schody", które przy tym wietrze pozwalają zachować równowagę.




Kerlingarfjoll to kolory czerwieni, brązu, żółci, ochry, bieli śniegu i resztek zieleni próbującej znaleźć swoje miejsce w tej nieprzyjaznej krainie. No i błękitu oraz szarości reprezentowanych przez strumienie oraz niebo.



Takie stożki z kamieni spotykaliśmy w wielu miejscach. To układane przez ludzi konstrukcje, które mają odgonić złe duchy i uchronić przed złem w trakcie wędrówek. Sami na wszelki wypadek dokładaliśmy swój kamyczek.


Kerlingarfjoll to niezwykłe miejsce, gdzie natura nie musi komunikować, że rządzi - to jest oczywiste. Mimo jej absolutnej dominacji człowiek stojąc na jednej z gór, wpatrując się w przestrzeń czuje spełnienie. Coś więcej niż sukces wynikający z jej zdobycia. Spełnienie bowiem to stan ducha, sukces to tylko stan umysłu.


Czy wrócimy tam? Nie wiem. Islandia to idylliczne, niepowtarzalne, powabne i szorstkie krajobrazy,  ale też sztuczne kwiatki w plastikowym wazonie, czy mrożona smażona ryba pozbawiona aromatów. Na szczęście myśląc o niej dziś stan ducha wygrywa nad umysłem.