Polecam

Ptaki Islandii - część 4. Kulinarnie - zapiekanka rybna, czyli klasyczny fish pie.

Ptaki Islandii - część 4. Kulinarnie - zapiekanka rybna, czyli klasyczny fish pie.

Klasyczny fish pie, to danie dla wszystkich i na każdą porę roku. Dla wszystkich, bo zadowoli nawet tych, którzy za rybami nie przepadają. Bogactwo aromatów pozostałych składników uzupełni bowiem ich smak. Na każdą porę roku, bo rozgrzeje po spacerze zimą, a nasyci latem, zwłaszcza po wyczerpującej wędrówce, gdy ciało domaga się rekompensaty za wysiłek.


Wersja, którą dziś prezentuję zawiera dorsza i łososia, ale można dobrać dowolne proporcje ulubionych ryb. Ich różnorodność wzbogaci danie. Dodajcie do tego jakąś lekką sałatę z winegretem, butelkę białego, wytrawnego wina i uczta gotowa. Zapiekanka rybna to potrawa klasyczna. Robiłem ją wielokrotnie, inspirując się przy tym różnymi przepisami.


Składniki (naczynie o wymiarach 23 x 23 cm, 4 porcje):

700 g odfiletowanych ryb bez skóry (w tym przypadku 450 g dorsza i 250 g łososia)
sok z połowy cytryny
suszona mięta i oregano
1 biała cebula
2 ząbki czosnku
500 g świeżych liści szpinaku
100 ml bulionu
2 marchewki
1 pietruszka
150 g sera cheddar
ok. 1,5 kg ziemniaków
masło i oliwa
pieprz i sól

Wykonanie:

Filety ryb bez skóry pokroić na ok. 3 cm kawałki. Przyprawić solą i pieprzem oraz skropić sokiem z cytryny. Opcjonalnie posypać chili, jeśli lubimy bardziej pikantny smak. Wymieszać wszystko, by smaki się połączyły.

Posiekaną cebulę i czosnek zeszklić na maśle i oliwie. Dodać liście szpinaku (bez łodyg), mieszać. Ze względu na dużą objętość najlepiej zrobić to na dwa razy. Gdy szpinak się skurczy połączyć obie porcje. Przyprawić solą i pieprzem oraz dodać połowę bulionu. Zredukować. Gotowy szpinak odstawić.

Marchewkę i pietruszkę zetrzeć na tarce (na grubych oczkach). Podsmażyć na maśle. Przyprawić solą i pieprzem. Dodać drugą połowę bulionu. Zredukować i odstawić.

Ziemniaki ugotować. Po czym utłuc je z dodatkiem oliwy.

Składamy danie. Na spód układamy warstwę szpinaku, później warstwę ryb, następnie marchewkę z pietruszką, posypujemy serem cheddar i "zamykamy" tłuczonymi ziemniakami. Całość doprawiamy solą i pieprzem. Dla wizualnego efektu możemy pobawić się wykonując "łuski" za pomocą małej łyżeczki i "malując" ryby i owoce morza, za pomocą noża. :-) Następnie wierzch smarujemy rozpuszczonym masłem lub oliwą i pieczemy przez ok. 35 minut w 180 stopniach C (termoobieg).

Po upieczeniu dajemy zapiekance odpocząć przez około 10 minut.

Wykrawamy porcje i nakładamy na talerz. Podajemy z lekką sałatą z winegretem.

***

Dziś opowiemy o islandzkich ptakach brodzących. Łąki, plaże, rzeki i woda spływająca z lodowców sprawia, że Islandia jest dla nich rajem. Wszystkie ptaki, które dziś przedstawiamy należą do rodziny siewkowców. Mają podobne upodobania, jeśli chodzi o gniazdowanie i miejsca żerowania. Różnią się ubarwieniem, wielkością, wydawanymi odgłosami i różnymi preferencjami co do zimowisk.

Międzynarodowe lotnisko na Islandii znajduje się na półwyspie Reykjanes. Na szczęście dnie latem są długie, więc mimo opóźnienia i konieczności odbioru auta w wypożyczalni mieliśmy jeszcze dość czasu by zacząć zwiedzanie. Po drodze do naszej pierwszej "noclegowni" zatrzymaliśmy się w miejscu zwanym "mostem pomiędzy dwoma kontynentami".


To miejsce, gdzie wyraźnie widać rozdział między północnoamerykańską i euroazjatycką płytą tektoniczną. Na poniższym zdjęciu pokazuje to jasny "pas" przebiegający przez całą Islandię i dalej przez morze i ocean.


Płyty tektoniczne są w ciągłym ruchu. Rozchodzą się około 2 centymetry rocznie, powiększając odległość między sobą. 


Półwysep Reykjanes słynie z obszarów geotermalnych, gdzie z ziemi buchają gorące wyziewy pary, świadczące o ziemskiej aktywności. Jednym z takich miejsc jest Gunnuhver znajdujący się na południowo - zachodnim krańcu wyspy. 


W zależności od kierunku wiatru można znaleźć się w mało atrakcyjnej scenerii - buchającej mgle o zapachu zgniłych jajek. Wdychanie siarkowodoru jest mało komfortowe. My na szczęście tego uniknęliśmy, choć przy zmiennym wietrze na Islandii mogło być różnie.


Stamtąd niedaleko mieliśmy już do naszego pierwszego pensjonatu położonego wśród pól, z dala od cywilizacji. Kiedy wstaliśmy wczesnym rankiem nasze oczy ucieszył niezwykły widok dziesiątków ptaków. To rycyki, kuliki i ostrygojady.


Pasły się na świeżo skoszonych łąkach, ale były na tyle płochliwe, że trudno było je podejść. Wystarczyło spłoszyć pojedynczego ptaka, by całe stada przeniosły się dalej.



Niemniej nasz zapał, ale i ostrożność pozwoliły zrobić kilka zdjęć z bliska. Oto kulik mniejszy.


Latem przebywa w północnej Europie preferując pastwiska i wybrzeża, zaś zimą udaje się do północnej Afryki. Islandia jest jednym z miejsc jego gniazdowania. Ma długość ok. 40 cm, w tym dziesięciocentymetrowy dziób.


Wśród tej ferajny znalazł się też rycyk. Podobnej wielkości ptak latem wybiera te same miejsca co kulik, zaś zimą pojawia się w środkowej i południowej Europie. Nie ciągnie go do Afryki. Lubi wybrzeża, ujścia rzek i mokradła.


Namierzyliśmy też krwawodzioba, ptaka o charakterystycznych czerwonych nogach i nasadzie dzioba.


Te hałaśliwe ptaki pierwsze ostrzegają o zbliżającym się niebezpieczeństwie.


Zaledwie 20 kilometrów od półwyspu Dyrholaey (o którym pisaliśmy tu - klik) z zielonych wzgórz spadają w dół wodne welony wodospadu Skogafoss. Dzień wcześniej widzieliśmy go w pełnym słońcu, jednak spieszno nam było na kolację. Wiedząc, że następnego dnia będziemy obok niego przejeżdżać daliśmy sobie spokój z fotograficzną sesją. Na Islandii takie sytuacje należy jednak bezwzględnie wykorzystywać. Kolejny poranek okazał się bowiem mglisty.


Na szczęście warunki te nie przeszkodziły pokazać się ptakom. Po raz kolejny zobaczyliśmy tu kulika...


... który wyrażał swe niezadowolenie z zakłócania mu spokoju swoim głośnym "piupjuuu".


Nieopodal poranny rekonesans przeprowadzał ostrygojad.


To piękny ptak o pomarańczowym dziobie ubrany w białą koszulę i czarny frak.


On również upominał nas z powodu zakłócania "miru łąkowego" o poranku. A przyznam, że miał powód, bo robiliśmy podchody przez dłuższą chwilę.



Ostrygojady widzieliśmy w różnych miejscach, między innymi w takich pięknych okolicznościach przyrody.



Przechadzały się zwykle po łąkach żerując w pobliżu wody lub w niej. Nazwa ptaka sugeruje jakie jest jego ulubione menu.


Udajemy się w głąb lądu do interioru. Tęczowe góry Landmannalaugar są wyjątkowo urokliwe.


U ich stóp znajdują się rozlewiska rzek spływających z topniejących lodowców.


Spotkaliśmy tam płatkonogi szydłodziobe pływające w powstałych w rozlewiskach jeziorkach.


Mimo, że w wodzie przypominają one kaczki, należą do tej samej rodziny siewkowców, o czym można się przekonać gdy chodzą po łące. W trakcie naszego spotkania nie miały jednak ochoty na spacery.


Jadąc dalej przez bezdroża interioru powoli zbliżaliśmy się do północnego wybrzeża i wulkanicznego kanionu Hljodaklettar. Przed wjazdem do głównej atrakcji wśród rozległych łąk płynął niewielki strumień...


... obok którego w krzakach skrył się kszyk. Nie zamierzał wyjść z bezpiecznego ukrycia. Być może miał tam gniazdo, bo znany jest z ich budowy w takich niedostępnych miejscach.


Wracamy na południowe wybrzeże. Tu zarówno na rozległych, zwykle ciemnych lub kamienistych  plażach i w niewielkich zatoczkach urzędują biegusy. Oto biegus zmienny.


Nieco mniejszy biegus morski żerował w jednej z zatok.


Biegusy rzadko zapuszczają się w głąb lądu, stąd właśnie takie miejsca należą do ich ulubionych. Niby morze, ale woda spokojna...


... co pozwala namierzyć małe co nieco.


 Ptaki Islandii - część 3. Kulinarnie - sałatka z makaronem ryżowym, krewetkami oraz proszkiem z pieczonego ryżu.

Ptaki Islandii - część 3. Kulinarnie - sałatka z makaronem ryżowym, krewetkami oraz proszkiem z pieczonego ryżu.

Kontynuujemy naszą ptasią relację z Islandii i zapraszamy na sałatkę. To szybkie danie inspirowane jest niekoniecznie wegetariańską wersją sałatki przygotowanej przez Johna Torode, australijskiego szefa kuchni, którego można zobaczyć m.in. w brytyjskiej wersji programu Masterchef. Jest wyjątkowo aromatyczna i świetnie nadaje się na przystawkę lub mniejsze danie. Z premedytacją nie podaję ilości składników, bo dressing należy robić na wyczucie, by zbilansować smaki, zaś ilość składników sałatki zależy od preferencji. Można bowiem uzyskać bardziej ostry lub ziołowy smak w zależności od upodobań.


Sałatka z makaronem ryżowym, krewetkami oraz proszkiem z pieczonego ryżu




Ptaki Islandii - część 2. Kulinarnie - łosoś sous vide w sosie pomidorowo - pomarańczowym ze szpinakową kulką i warzywami.

Ptaki Islandii - część 2. Kulinarnie - łosoś sous vide w sosie pomidorowo - pomarańczowym ze szpinakową kulką i warzywami.

Jest z tym sporo pracy. Zwłaszcza przygotowanie po raz  pierwszy kulek szpinakowych może frustrować. Ale efekt gwarantuje radość dla podniebienia, a w przypadku gości - uznanie za kunszt kucharza, bo i smak i prezentacja dania ujmuje. Jest tylko jedno "ale" - posiadanie sprzętu do gotowania produktów zamkniętych próżniowo w stałej temperaturze w kąpieli wodnej. Krótko mówiąc - metodą sous vide. Jeśli Wasza pasja gotowania nie doprowadziła Was jeszcze do nabycia takowych gadżetów, przygotujcie rybę inaczej i skorzystajcie z pozostałej części przepisu. Polecam jednak metodę sous vide, bo delikatna, rozpływająca się w ustach ryba z kremowym sosem i dodatkami to prawdziwe niebo w ustach.


Łosoś sous vide w sosie pomidorowo - pomarańczowym ze szpinakową kulką i warzywami


Ptaki Islandii - część 1. Kulinarnie dorsz a la Nage czyli tajskie oblicze ryby.

Ptaki Islandii - część 1. Kulinarnie dorsz a la Nage czyli tajskie oblicze ryby.

Rozpoczynamy kilkuodcinkowy serial ptasio-rybny. Podróżniczo opowiemy o ptakach Islandii, które udało nam się spotkać podczas ostatniego pobytu. Kulinarnie odwołamy się do kilku ostatnio degustowanych rybnych potraw, oczywiście osobiście przygotowanych.


***

Chcąc skorzystać ze sporej ilości mleczka kokosowego, które pozostało mi po poprzednim gotowaniu przez przypadek trafiłem na całkiem atrakcyjny przepis z kuchni tajskiej. Doświadczenie podpowiadało, że mleczko kokosowe stanowi raczej dodatek wykańczający danie. Tym razem okazało się być jego bazą. Przepis troszkę zmodyfikowałem i wyszedł pyszny posiłek na każdą okazję - prosty obiad, czy wykwintną kolację, przystawkę lub danie główne. Lubię tak przygotowaną rybę, bo będąc częściowo zanurzoną w płynie zarówno dusi się jak i gotuje w parze. Dzięki temu jest delikatna i lekkostrawna. Sama nazwa (a la Nage) z francuskiego oznacza rybę pływającą. Rzecz jasna w aromatycznej zupie. Może to być bulion, czy jakikolwiek inny płyn, który jest później wraz z rybą podany. Dzisiejsze danie jest szybkie i proste w przygotowaniu, a przy tym kusi bukietem smaków, któremu trudno się oprzeć.


Dorsz a la Nage na sposób tajski

Keks mojej mamy na świąteczny czas...

Keks mojej mamy na świąteczny czas...


Smak tego keksu to smak mojego dzieciństwa. Mama wypiekała jego hurtowe ilości, ale to było u nas normalne. Zaletą ciasta jest prostota i szybkość wykonania oraz niezawodność. Trzeba je upiec przynajmniej dwa dni przed konsumpcją, bo wtedy osiąga swój właściwy smak i strukturę. To jest też niewątpliwa zaleta w czasie przedświątecznej krzątaniny. Bakalie możecie skomponować według Waszych upodobań.  Polecam, bo to najlepszy keks na świecie ;)


Keks mojej mamy



Składniki na jedną podłużną foremkę o wymiarach ok. 31 x 12 cm:

250 g mąki pszennej tortowej 
250 g miękkiej margaryny
250 g cukru pudru (zwykle daje mniej, ok. 170 g)
5 dużych jaj
1 łyżka spirytusu (lub innego mocnego alkoholu)
1 płaska łyżka proszku do pieczenia 
500 g bakalii (ja daję po  100 g rodzynek, suszonych wiśni,  po 70-80 g suszonych daktyli, suszonych fig, moreli i śliwek)
1-2 łyżki mąki ziemniaczanej

Rodzynki zalać wrzątkiem, odstawić. Przygotować foremkę. Bakalie - morele, śliwki, daktyle, figi  pokroić na kawałki. Rodzynki odcedzić, opłukać kilka razy, osuszyć. Bakalie, wszystkie razem w jakimś naczyniu,  posypać w mąką ziemniaczaną i wymieszać. 

Margarynę utrzeć na jednolitą masę, dodać cukier i powtórzyć czynność ucierania. Do masy dodawać po jednym żółtku i po połączeniu z masą dodać kolejne. Dodać alkohol. 

Ubić pianę z białek i delikatnie wmieszać w masę, najlepiej trzepaczką rózgową. Następnie omączone bakalie wrzucić do masy i wymieszać łyżką tyle, żeby je równo rozprowadzić.  Wlać masę do foremki i wstawić do nagrzanego do 170 stopni C piekarnika,  piec 50 minut. Po upieczeniu ciasto ostudzić i zawinąć w folię na ok. dwa dni. Wtedy nabierze odpowiedniego smaku. 

***

"Jest taki dzień, bardzo ciepły choć grudniowy,
dzień, zwykły dzień, w którym gasną wszelkie spory.
Jest taki dzień, w którym radość wita wszystkich,
dzień, który już każdy z nas zna od kołyski.

Niebo - ziemi, niebu - ziemia,
wszyscy - wszystkim ślą życzenia,
drzewa - ptakom, ptaki - drzewom,
tchnienie wiatru - płatkom śniegu.

Jest taki dzień, tylko jeden raz do roku.
Dzień, zwykły dzień, który liczy się od zmroku.
Jest taki dzień, gdy jesteśmy wszyscy razem.
Dzień, piękny dzień dziś nam rok go składa w darze.

Niebo - ziemi, niebu - ziemia,
wszyscy - wszystkim ślą życzenia,
a gdy wszyscy usną wreszcie,
noc igliwia zapach niesie."  

Słowa piosenki "Czerwonych Gitar", które napisał Krzysztof Dzikowski, a muzykę skomponował Seweryn Krajewski. Ilekroć słyszę ją w okolicach Bożego Narodzenia, mam wrażenie że ciągle brzmi świeżo i romantycznie, choć ma ponad pięćdziesiąt lat. Niech święta upłyną Wam w takiej atmosferze jak opisują to słowa piosenki. 




Krajanka piernikowa z marcepanem i powidłami śliwkowymi, dodatkowo spotkanie z żołnami.

Krajanka piernikowa z marcepanem i powidłami śliwkowymi, dodatkowo spotkanie z żołnami.

Kulinarnie nasze święta to mozaika wspomnień, które ukształtowały nas przez wszystkie lata. Chętnie wracamy do potraw z czasów dzieciństwa i do tego co wnosi kulinarnie nasza rodzina. Są też potrawy, które z racji tego jak bardzo zasmakowały zajmują poczesne miejsce na świątecznym stole. Tak jest właśnie z krajanką, na którą przepis przedstawiam poniżej. Piekę ją od ponad dziesięciu lat i choć mogłabym ją zrobić w dowolnym okresie w roku, to ciągle uważam, że to ciasto świąteczne i na nie po prostu się czeka. Przepis na krajankę znam dzięki Bajaderce, o której czasem tu wspominam. To jeden z najlepszych słodkich smaków Bożego Narodzenia. 


Krajanka piernikowa z marcepanem i powidłami śliwkowymi


Składniki na ciasto:
430-450 g mąki
150 g miodu
90 g cukru muscowado
125 g masła
1 jajo
75 g orzechów włoskich
100 g kandyzowanej skórki pomarańczowej
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżka cynamonu
1 łyżeczka kardamonu
1 łyżeczka imbiru
po 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej i mielonych goździków
po 1/4 łyżeczki pieprzu i zmielonego ziela angielskiego

Składniki na marcepan:
450 g pasty migdałowej*
60-65 g cukru pudru
90 g mąki pszennej
3 żółtka
2-3 łyżki mleka
2 łyżki soku z pomarańczy
2 łyżki soku z cytryny
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego

*pasta migdałowa
270 g migdałów
180 g cukru pudru
1-2 białka 
1,5 łyżeczki ekstraktu migdałowego

dodatkowo:
370-380 g powideł śliwkowych
cukier puder i brandy do zrobienia lukru


*Pastę migdałową trzeba zrobić nieco wcześniej (można ją zrobić nawet dzień czy dwa wcześniej i przechować w szczelnym naczyniu w lodówce). Migdały w skórce zalać wrzącą wodą i odstawić. Po namoczeniu obrać ze skórek i zmiksować jak najdrobniej w melakserze. Połączyć z cukrem pudrem i białkiem. Dodać ekstrakt migdałowy, który uwypukli smak migdałów. Schłodzić  przynajmniej dwie godziny przed użyciem (masa musi być zimna przed kolejną obróbką).

Wykonanie:

Wrzucić do blendera orzechy i zmielić je na drobne kawałki. Podobnie postąpić z kandyzowaną skórką, którą po wrzuceniu do blendera warto oprószyć mąką. 

Miód, cukier i masło podgrzać (nie zagotować) w garnku, dodać przyprawy korzenne i wymieszać do rozpuszczenia wszystkich składników. Mąkę przesiać, dodać proszek i sodę oraz skórkę i orzechy, wymieszać. Do naczynia z miodem dodawać stopniowo mąkę i mieszać aż całość zacznie odchodzić od ścianek. Lekko ostudzić.

Przygotować marcepan - pastę migdałową utrzeć z cukrem pudrem i dodać pozostałe składniki. Dobrze wymieszać, odstawić. 

Do ciepłej masy z mąką i miodem dodać jajo i wymieszać. Przełożyć ciasto na blat i ugnieść na gładka masę. W razie konieczności delikatnie podsypać mąką. Ciasto powinno mieć jednolitą strukturę i być błyszczące. 

Podzielić je na dwie części. Każdą rozwałkować na prostokąt. Ten na spód o wymiarach ok. 35 na 25 cm. Ten na wierzch nieco większy (ja robię to między dwoma arkuszami pergaminu). Ułożyć arkusz z plackiem ciasta na spód na blachę. Na ciasto wyłożyć masę marcepanową zostawiając ok. 1 cm marginesu ciasta, wygładzić ją. Na marcepanie rozprowadzić równą warstwą powideł. To jest dużo trudniejsze bo mamy miękki spód (używam  powideł zblendowanych na mus, żeby były gładkie, zwykle kładę kilka dużych kleksów i delikatnie rozsmarowuję). Na to wyłożyć drugi placek ciasta (ponieważ rozwałkowuję go między arkuszami pergaminu, biorę placek z arkuszem, delikatnie odwracam i przykrywam całość). Przed wstawieniem ciasta do nagrzanego piekarnika dobrze zlepić brzegi, żeby wnętrze nie wypłynęło w trakcie pieczenia. 

Piec w temperaturze 180 stopni C przez 25-30 minut. Po upieczeniu lekko przestudzić i jeszcze ciepłe polukrować. Zostawić odkryte na noc, a rano pokroić na kawałki i przechowywać w szczelnej puszce w warstwach przełożonych pergaminem. Bajaderka sugeruje, żeby krajankę upiec kilka tygodni przed świętami, bo wtedy nabierze odpowiedniego smaku. Ja robię ją na około dwa tygodnie, zawijam puszkę z ciastem szczelnie w folię spożywczą. Nie ma takiej mocy, żeby przetrwała kilka tygodni w moim domu ;)

***

Dziś napiszę o bardzo kolorowym ptaku :) Marzenie o zrobieniu zdjęć żołnie ciągnie się za nami jak ogon...od bardzo dawna. Widzieliśmy żołny w Indiach czy Afryce, ale nigdy nie były to spotkania przynoszące nam dobrą, fotograficzną pamiątkę. Złożyło się na to kilka czynników - brak odpowiedniego sprzętu i płochliwość ptaków, na dodatek widzianych przez sekundy. Poniżej pierwsza spotkana w życiu żołna białoczelna (Tanzania) i po jakości zdjęcia widać, że to tylko dowód na spotkanie, ale nie zdjęcie nad którym chcielibyśmy się zatrzymać.


Do dłuższego spotkania wreszcie doszło. Choć przyznamy, że nie były to szczególnie dobre okoliczności. W Izraelu, w okolicach Morza Martwego, na jego południowym krańcu wjechaliśmy na odcinek drogi wiodący do granicy z Jordanią. Po lewej stornie mięliśmy zaminowany teren i nie było szansy, żeby zejść z drogi.


Po drugiej stronie skały, w których prawdopodobnie żołny chroniły się lub gniazdowały.


Przy każdej próbie wyjścia z samochodu ptaki odfruwały. W końcu daliśmy za wygraną i robiliśmy zdjęcia nie wychodząc z auta. Efekty choć nie wymarzone, to jak na takie warunki zadowalające :) Dodam tylko, że te grube pręty widoczne na zdjęciach to w rzeczywistości po prostu druty rozwieszone między słupami na zaminowanym terenie, gdzie żołny najchętniej siadały.


Jak widać to smukły i bardzo kolorowy ptak. Jego nazwa łacińska merops apiaster sugeruje, że lubi podjadać pszczoły. W rzeczywistości poluje na różne owady, a gdy złapie takie jak osy czy pszczoły, to uderza nimi lub pociera o twarde podłoże, żeby pozbyć się jadu czy żądła. Łapanie owadów, szczególnie w powietrzu ułatwia im długi, szpiczasty i lekko zakrzywiony w dół dziób, który po złapaniu ofiary działa niczym kleszcze. Lubią jeść chrząszcze, termity, jętki, modliszki, ważki, cykady, szarańczaki, trzmiele czy koniki polne. Podczas zalotów samczyk karmi samicę dużymi owadami, sam jedząc małe. 


Żołny mają bardzo ciekawe zwyczaje lęgowe. Gniazdują w koloniach. Wybierają w tym celu wysokie, piaszczyste brzegi rzek, wąwozów czy jak na zdjęciu wzgórz. Podobno w wyborze miejsca jest jeszcze jeden warunek konieczny. Lubią obserwować otoczenie z góry, co znacznie ułatwia im zdobywanie pokarmu. Zauważyliśmy z Piotrem, że druty spełniały ten warunek.


Budują w takich miejscach ziemne nory, których długość czasem sięga ponad metr. Najczęściej jednak nie przekracza 80 cm. Pary wspólnie kopią kilka korytarzy, ale tylko jeden z nich prowadzi do gniazda. Wszystko po to by zmylić drapieżniki, takie chociażby jak węże czy szczury. Zdarza się, że niektóre pary korzystają z pomocy synów z poprzedniego lęgu, który również dokarmia swoje młodsze rodzeństwo.


Lęg zwykle liczy ok. 4-6 jaj. P 20 dniach wysiadywania przez oboje rodziców wykluwają się młode. Po 30 dniach pisklęta opuszczają swój rodzinny dom.


Żołny osiągają wielkość od 27 do 29 cm. Trudno jest odróżnić samicę od samca, gdyż różni je głównie tęczówka oka. Jest ona czerwona u samców i brunatnoczerwona u samic.



Przez chwilę mięliśmy możliwość zobaczyć w tym samym miejscu żołnę wschodnią, nieco inaczej ubarwioną i trochę mniejszą od zwyczajnej (zwanej też europejską).


U nas nie spotkamy żołny wschodniej, za to zwyczajne przylatują gniazdować do Polski. 


Podobno najczęściej wybierają te ptaki południową i wschodnią część kraju, chociaż czytałam że zagnieździły się też w okolicach Wałcza.


W tak daleką drogę wybiera się ich niewiele. Kilkadziesiąt par zaobserwowano w świętokrzyskim i jest to obecnie najliczniejsza populacja. 


Żołny objęte są ścisłą ochroną.


W tym roku w  "The Guardian" pojawi się artykuł o żołnach, które przyleciały do Wielkiej Brytanii. Może to oznaka ocieplania się klimatu, a może przystosowywania się żołn do nowych warunków.